Nie lubię wtorków, serio i to bardziej niż poniedziałków. Bo
w poniedziałek jestem wypoczęta po weekendzie i idąc do pracy łudzę się
nadzieją, że może coś się zmieni, że nie będzie urwania głowy, że nie będzie
żadnego nowego shita, że nie wszystko będzie na cito, że ludzie będą mili, że szefowa okaże się człowiekiem. Jednak we wtorek już nie mam tych złudzeń, dopada codzienna
nerwówka i brak czasu żeby chociażby napić się herbaty. Czyli z poniedziałkowej energii niewiele
zostało a tu jeszcze trzy dni do upragnionego weekendu. Dlatego od razu po
powrocie do domu zakładam dresy i biorę się za trening żeby sobie trochę ulżyć
i zapomnieć o tym że to dopiero wtorek.
Dzisiaj był poniższy trening, który jest bardzo
dynamiczny i naprawdę go czuć:
Do tego dodałam ćwiczenia z gryfem (łączna waga ciężaru
około 17 kg): przysiady, martwy ciąg, skłony, podrzuty. Na koniec trochę
planków i rozciąganie nóg i pośladków ;)
No a po treningu gorąca kąpiel, melisa i do spania, z ulgą że
wtorek mam już za sobą, bo jutro wieczorem będzie już z górki ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz